PolonusGermanus Blog

Deutsch-polnischer Blog

Seite 2 von 2

To dla ciebie………………. „prosię”!

Pierwsze zajęcia. Dwadzieścia osób siedzi w sali i czeka na rozpoczęcie lekcji. Ilość chętnych przeszła moje oczekiwania. Nigdy bym nie przypuszczała, że w 80-tysięcznej miejscowości znajdzie się aż tylu chętnych. Aby zaspokoić moją ciekawość, pytam o powody, które skłoniły moich uczniów do nauki polskiego. Po krótkiej rozmowie jest wszystko jasne. Zebranych mogę z łatwością podzielić na pięć kategorii:

Partner Polaka

Niektórzy z obecnych są w związku z Polką lub Polakiem i często przebywają w środowisku swojego partnera. Ci, którzy założyli rodzinę, chcą uczestniczyć w rozmowach z teściem bądź teściową i denerwują się, że podczas familijnych imprez nic nie rozumieją. Kurs ma im pomóc odnaleźć się w świecie wybranka lub wybranki serca.

Intelektualista

W grupie są też osoby zafascynowane polską kulturą i krajem. Ich chęć nauki języka nie wynika z pobudek rodzinnych. To często osoby znające już inne języki. Polski traktują jak rozrywkę i dobrą gimnastykę dla szarych komórek. Swoje umiejętności wypróbowują rok w rok podczas urlopu na Mazurach, w Krakowie lub Warszawie.

Pracodawca lub współpracownik

Bardzo zainteresowani nauką są też pracownicy firm lub pracodawcy współpracujący z Polakami. Polscy rzemieślnicy, lekarze, pielęgniarki, opiekunki do dzieci lub osób starszych czy informatycy są bardzo cenieni za granicą. Gdy na przeszkodzie dobrej kooperacji stoi język, Niemcy coraz częściej wychodzą naprzeciw Polakom i decydują się na lekcje polskiego. Znajomość kilku słów lub powiedzonek pomaga też w kontaktach z polskimi firmami, które są często podwykonawcami niemieckich przedsiębiorstw.

Poszukiwacz korzeni

Interesującą i bardzo zaangażowaną grupą są osoby zgłębiające tajniki swojego pochodzenia. Wielu z nich to emeryci doszukujący się w drzewie genealogicznym polskich przodków. To z reguły wystarcza do pierwszych odwiedzin Polski i do zdobycia pozytywnych doświadczeń w kraju pradziadków. Po wizycie zapomnianych stron ojczystych decydują się na pogłębienie więzów rodzinnych z nierzadko przypadkiem odkrytą dalszą rodziną. Dodatkowym bodźcem są stare dokumenty w języku polski, które znalezione w spuściźnie po zmarłych lub gdzieś na strychu zachęcają do dalszego drążenia w przeszłości.

Polonus

W grupie są też Polacy, którzy wyjechali w czasach komunistycznych za granicę i przez długie lata nie pielęgnowali języka ojczystego. Czasami to ich dzieci, które nie miały możliwości nauki polskiego.

Grupa jest interesująca i wiekowo zróżnicowana. Najmłodsi to młodzież krótko przed maturą. Najstarsi sięgają osiemdziesiątki. Wszyscy są bardzo zmotywowani. Z doświadczenia wiem, że w niedalekiej przyszłości paru się wykruszy. Ci, co zostaną w grupie, będą wiernymi uczniami przez lata.

Na pierwszych zajęciach zbieramy w grupie słowa, które są już znane, robimy listę, na podstawie której próbuję wytłumaczyć zasady czytania polskich liter. Najskuteczniejszym sposobem jest rozdzielenie wśród zebranych polskich imion, które od tego momentu obowiązują. Tym sposobem Jürgen przeistacza się w Jerzego, Gisela w Małgorzatę, Klaus w Grzegorza a Uwe w Bogusza. Śmiejąc się powtarzamy trudną wymowę „rz“, „ł“ lub „sz“. Często ktoś się przejęzyczy, bądź nieprzyzwyczajone mięśnie twarzy odmówią posłuszeństwa i z prostego „proszę” wyjdzie „prosię”. Dużą popularnością cieszą się liczebniki, które wypytywane na wyrywki wywołują salwy śmiechu. Im więcej interesujących gier językowych, tym więcej zadowolonych kursantów przyjdzie na następne zajęcia.

Jedynym problemem jest dobry podręcznik. Jeszcze nie znalazłam takiego, który spełniłby wszystkie moje wymogi. Dlatego z zazdrością porównuję wydawnictwa językowe wyspecjalizowane w podręcznikach do nauki niemieckiego lub angielskiego. Te do nauki polskiego są wprawdzie coraz lepsze, lecz ciągle jeszcze naszpikowane zbyt dużą ilością gramatyki bez wystarczającej ilości ćwiczeń ze słownictwa. Jestem jednak dobrej myśli. Język polski staję się w Niemczech coraz bardziej popularny i coraz więcej wydawnictw zauważa ten wprawdzie mały, ale przybierający na sile trend.

Deutsch lernen – ein langer, steiniger Weg mit Erfolg

In den Jahren, in denen ich Deutsch gelernt habe, hat sich einiges ereignet. Es gab sowohl Erfolgsmomente als auch Niederlagen. Die größte und als fast unüberwindbar scheinende Hürde waren lange Zeit die verdammten Artikel: der unbestimmte und sein Bruder, der bestimmte Artikel. Für ein junges Mädchen, das mit der polnischen Sprache aufgewachsen ist, war es nicht einfach im Kopf zu behalten, dass “der polnische Messer – noż” im Deutschen Neutrum und “die polnische Löffel – łyżka” Maskulinum sind. “Wie soll das gehen?” – dachte ich beim Vokabelpauken.

Die Stunden vergingen, unzählige Übungen und Aufsätze wurden niedergeschrieben sowie viele Phonetikkassetten nachgesprochen, bis ich irgendwann begann, ein kleines Licht am Ende eines langen und dunklen Tunnels zu sehen. Aus dieser Zeit sind mir ein paar Wörter, die ich im Gedächtnis wie ein Schatz behüte, als Erinnerung an die alten Zeiten geblieben.

Fleischwolf vs. Maulwurf

Ich habe mich immer gewundert und tue das weiterhin, dass man den Fleischwolf “Fleischwolf” nennt, wo es doch logischer wäre, das Küchengerät als “Maulwurf” zu bezeichnen. Diese Maschine hat doch ein “Maul”, sprich Öffnung, aus dem Hackfleisch “rausgeworfen” wird. Diejenigen, die eine tierische Komponente bei dieser alternativen Bezeichnung vermissen, finden diese ebenso. Denn warum Fleischwolf, wenn es doch “Maulwurf” heißen könnte? Sie merken, ich versuche mir die deutsche Sprache zurechtzubiegen. Es gibt in meinem Wortschatz auch “Linkshändler”, “Kenntnisse erfrischen” oder “Mutter besichtigen” statt besuchen. Eine schöne Erfindung ist auch der “Hasen-, Nasen-, Ohren-Arzt”. Klingt doch besser als die langweilige Berufsbezeichnung “HNO-Arzt”, oder?

Gegenneblige Lichten

Unter Deutschlernenden ergibt sich immer wieder die Frage, wie heißt das eine oder andere Ding? Wenn man bereits in viele Geheimnisse der deutschen Sprache eingeweiht ist, neigt man dazu, besonders erfinderisch zu sein, was den Kommunikationsprozess mit Muttersprachlern höchst interessant gestaltet. Für beide Seiten wohl bemerkt. So erging es einer Freundin von mir. Basia ist Autorin der durchaus interessanten Wortbildung: gegenneblige Lichten. Sie fragen sich, was das sein mag? Denken Sie nach. Wir haben hier folgende Wörter: “gegen”, “Nebel” und “Licht”. Geht Ihnen jetzt ein Licht auf? Andere Phantasiewörter mit Realitätsbezug aus ihrem Repertoire aus der Zeit des Deutschlernens, die wir neulich bei einem guten Essen auf einem Bierdeckel notiert haben, um sie vor dem Vergessen zu bewahren, sind: “Caferei”, “scherzlich”, “Wände streicheln” oder “Radfahr”.

Muttersprache kämpft ums Überleben

In diesen komischen Fehlern, Versprechen oder Wortdrehern spiegelt sich die Muttersprache des Deutschlernenden wider. Aus diesem Grunde unterscheiden die einen keine langen von kurzen Vokalen. Die anderen verwechseln andauernd Artikel oder verwenden überhaupt keine. Die Folge ist: Nur mit viel Übung und Kontakt zu Muttersprachlern kann man sich das erarbeiten, was Kinder innerhalb weniger Jahren in Deutschland lernen. Nämlich: richtig Deutsch zu sprechen. Der Weg des Lernens ist lang und steinig. Am Ziel angekommen ist man stolz, hat ein um einiges erweitertes Denkvermögen und nicht zuletzt einen eigenen Wort-Schatz, der nur einem ganz persönlich gehört: “Spazierung”, “grüner Kosmetik” (steht für Kulturtasche) oder “in die Toilette gehen”.

Vom Lernenden zum Lehrer

Diesen Weg habe ich hinter mir. Ich habe sozusagen die Seiten gewechselt. Jetzt muss ich nicht mehr die Bank drücken. Dafür aber unterrichte ich und versuche, soweit es geht, mit meiner Begeisterung für die deutsche Sprache andere anzustecken. Manchmal sogar mit Erfolg!

Neuere Beiträge »